Piotr Iskra- Wspomnienie o marszałku.

Piotr Iskra  

Wspomnienie o marszałku

 

Przyglądam się w komnacie broni rozmaitej,

Troskliwie wyczyszczonej i wypolerowanej.

Dziesiątki lat temu ostatni raz nabitej

Leżącej nieruchomo tu - w gablocie szklanej.

Pepesza ze swym słynnym, okrągłym magazynkiem,

Mosin i jego błyszcząca, gładka rękojeść –

Po nich tylko pamięć; są już przeżytkiem

W tym miejscu się skończyła wojenna ich opowieść.

Nad wszystkim dominuje portret biało-czarny

Mężczyzny w mundurze z barwnymi orderami;

Ich blask jednako dla mnie – jednoznacznie marny

Przy ich właścicielu z jego zasługami.

Zaczynał od niczego, lecz skończył na szczycie

Maszerując drogą pełną pułapek;

Czasami wymijając pnącza wyśmienicie,

Innym znowu razem trąc się o upadek.

 

Nie bałeś się wrogów jako żołnierz prosty,

Gdy wraz z towarzyszami szedłeś na działa.

Choć często rosły przed tobą kolce oraz osty

Nadludzka nieustępliwość od Ciebie jaśniała.

Tylko hartem ducha oraz woli siłą

Dałeś radę wstrzymać olbrzymie cierpienie,

Gdy Gruziński Diabeł uniósł rękę zgniłą

Na Twoje sukcesy i Twoje istnienie.

 

Trzy lata w niewoli stracone bezpowrotnie -

Wszystko przez szaleństwo Wodza Naczelnego

Nie szanował życia, ale wręcz odwrotnie:

Codziennie ktoś znikał na jasny rozkaz Jego.

Trzy lata pośród ludzi podobnych do Ciebie:

Skazanych razem z Tobą, z sercem w lewej piersi.

Kości ich po dziś dzień spoczywają w glebie

Na terenie kopalń oraz fabryk śmierci.

 

Jednakże cóż z Tobą, mój drogi komdywie?

Straciłeś już nadzieję na jutrzenkę lepszą?

Złudne Twe spojrzenie, myślisz nieprawdziwie

Wracasz znów do gry, wszak wrogowie węszą.

I oto na rozkaz Gruzińskiego Diabła

Z powrotem na wolność zostałeś wypuszczony

Wyrwałeś się z objęć groźnego imadła

Abyś mógł kreować wygląd świata nowy.

Czas już wreszcie przywdziać mundur generalski,

Nie jesteś kierowany, lecz to Ty kierujesz

Żołnierze z ust Twych słyszą ordynans spartański:

„Brońcie swej Ojczyzny!” Każdy salutuje.

 

Już na wschodzie świta najdłuższy dzień w roku

Próbuje nieśmiało objąć Ziemię swoim ciałem.

Lecz oto na zachodzie powstają siły mroku

Żołnierze raz po razie padają pod ostrzałem.

Wydawać by się mogło, że los już przesądzony:

Zdziesiątkowana armia i zrujnowany kraj

Za wszystkim stoi mały malarz niespełniony

Co chciał na gruzach świata budować biały raj.

Nawała jego czarna podeszła pod stolicę

Kraju, który rajem również miał się stać…

Lecz ofiar wąsatego Gruzina nie naliczę

Do serc mu się udało jedynie trwogę wlać.

Pomiędzy nimi dwoma stoi nasz generał -

Pomiędzy największymi epoki demonami.

Będzie się już wkrótce z nimi dwoma ścierał

Idąc pod działami i działając perswazjami.

Pierwszy z nich już wkrótce otrzymał srogie lanie,

Kiedy jego armia pod miastem zamarzła.

Jej dumny marsz zmieniony w paniczne uciekanie -

Führera gwiazda szczęścia nagle przygasła.

Jednakże tylko chwilę trwała Wodza bierność

I wydał rozkaz marszu na południowy wschód.

Wyciągi oraz stepy pochłonęła ciemność;

Trzeba znów powstrzymać ten straszliwy chód.

Lecz oto już wkroczyli do Twierdzy Stalina

I znów są bliscy rzucenia na kolana wrogów.

Linią frontu stała się Wołgi dolina;

Na niebiosach dym; żadnych obłoków.

 

 Nie muszę nawet krzyczeć „Powstań, generale!”

Wszak Ty cały czas stoisz w gotowości.

Żołnierze przy Tobie czują się wspaniale;

Nie mogą narzekać na brak troskliwości!

Jednakże uważaj: miasto w rękach wroga,

Nizina Nadkaspijska w połowie zniewolona,

Ponownie nadchodzi zima bardzo sroga,

Droga do wolności będzie krwią okupiona.

Połowa listopada – czas na ofensywę.

Zależy od niej dzisiaj los naszego świata.

Wydano więc zawczasu twardą dyrektywę:

„Ani kroku w tył, lub wizyta u kata!”

Jednakże żołnierze pod Twoim dowództwem

Są pewni, że ich działania nie pójdą na marne.

Dzięki Twym talentom odniosą pełen sukces

Oraz będą chwalić zdolności Twe mocarne.

 

Marsz przez piekło zimy został rozpoczęty.

Pędzą już betjuszki, strzelają katiusze.

Zetknęły się odnogi, pierścień już domknięty;

W mundurach brązowych już nie ma nowicjuszy.

Celem ich jest wyrwanie miasta najeźdźcy,

Który to się okopał głęboko w ruinach.

Po Europie krążą Apokalipsy Jeźdźcy -

Dwóch z nich się ukryło w stalowych Panzerach

Lecz dla generała nie jest to problemem:

Wraz z towarzyszami twierdzę on okrąża.

Wędruje z potężnym na plecach cekaemem;

Z triumfalną miną Paulusa pogrąża.

 

W odległej Germanii Wódz w wielkim szoku!

Następuje przełom; armia się wykrusza.

Daleko odepchnięte zostają siły mroku;

Kiepska sytuacja nowy plan wymusza.

Po obu stronach frontu przygotowania trwają:

Już wkrótce obce wojska ponownie uderzą.

Na początku lipca pod Kurskiem się spotkają -

Miliony ton stali się na stepach zmierzą.

Po dwóch ciężkich miesiącach triumf kolejny:

Na Łuku ma miejsce prawdziwy punkt zwrotny!

Rysuje się obraz Rzeszy beznadziejny;

Opuścił już Wodza dawny rozum lotny.

 

Czyż to nie ironia, dowódco niewzruszony?

Byłeś wszędzie tam, gdzie sukces odniesiony.

Jednakże Twój wkład wszędzie został pomniejszony;

Wkrótce to się zmieni – zostaniesz wyniesiony…

Oto nadszedł czerwiec roku następnego.

Planowana wielka, letnia operacja.

Utworzenie frontu niezwykle potężnego;

Tak właśnie zarządziła już generalicja.

I nagle, ku zdziwieniu, Ty wkraczasz na scenę,

I mówisz, że ich plan jest błędny i wadliwy.

Wtem Wąsaty Gruzin robi groźną minę -

Stara się ostudzić zapał Twój żarliwy.

Po wielu analizach skończono pertraktacje -

Gruzin jest wstrząśnięty; wielka Twoją śmiałość!

Z dozą aprobaty przyznaje Ci rację;

Rozkazuje wdrażać Twoją błyskotliwość.

Trzy lata minęły od pamiętnego dnia,

 Gdy słońce najdłużej świeciło w ciągu roku.

Od tamtego czasu dokonano zmian:

Kiedyś oni solą – teraz Ty w ich oku.

Wojna się przeniosła na białoruskie bagna…

Idzie coraz dalej, opuściła stepy.

To tutaj nasz generał wrogą armię przegna

Idąc na czele pełen sił i krzepy.

Choć opór jest silny, Germaniec odpuszcza -

Wobec tych milionów widzi, że bezsilny.

Karabin z rąk swoich z przestrachem wypuszcza;

Przecież lata temu był on taki silny!

Tygrysy i Pantery poczęły zawracać,

Na niebie Messerschmitta przegania Iljuszyn.

Germaniec z nieuwagą w błoto się wywraca -

Wstaje i ucieka aż się za nim kurzy.

Od Stalingradu aż do Warszawy

Daleka jest droga i bardzo trudny marsz.

Na drodze natarcia, bitwy i przeprawy,

Zaś nad miastami wisi dymny płaszcz.

Jednakże armii Twojej nic teraz nie zmoże,

Chociaż wiary drogi wciąż spływają krwią.

Nad wszystkim śmiga z dumą nasz wspaniały orzeł

I dolatuje wreszcie do swych rodzinnych stron.

Wreszcie jesteś w stanie rozmawiać z rodakami;

Po Twej twarzy widzę, że czujesz się wspaniale.

Głosy masz uznania między żołdakami:

„To już nie generał, natomiast marszałek.”

Lecz to już Warszawa, a w niej powstanie;

W sercu Twym pragnienie pomocy mieszkańcom.

Lecz Gruziński Diabeł znów nakłada znamię;

Zabrania Ci wspierania tych biednych straceńców.

Więc musisz odczekać i później ruszać dalej.

Na północny zachód. Celem wybrzeże.

Odpychasz siły mroku mocniej oraz żwawiej;

Wkrótce Twoja armia morze dostrzeże.

I kiedy wreszcie wkraczasz do jaskini lwa,

Niespełniony malarz kończy ze sobą.

Wojna razem z życiem małego Adolfa

Kresu już dobiegła wraz z Ziemi chorobą.

 

Zaś Twoje zasługi nie do przecenienia -

Miliony ludzi są Ci dzisiaj wdzięczne.

Miasta całe wznoszą pieśni uwielbienia;

Twój umysł wychwalają i Twoje serce mężne.

Moskwa, Stalingrad, Smoleńsk, Nowogród,

Sierpuchow, Kaługa, Orzeł oraz Pińsk.

Rżew, Nowopołock, Witebsk, Białogród,

Borysów, Wielkie Łuki, Bobrujsk oraz Mińsk.

Mogą Ci nadawać ordery i odznaki,

Lecz to tylko puste kawałki metalu.

Prawdziwe zasługi w sercach czynią znaki

Ludzi od Sekwany aż do gór Uralu.

 

Wreszcie masz okazję wrócić do ojczyzny;

Myślisz, że osiądziesz tutaj już na stałe.

Jednak nie docenią tu Twoich zdobyczy -

Padniesz tu ofiarą spisków ludzi małych.

Kilka lat po wojnie Gruzin w końcu zszedł;

Pozostawił w Polsce swojego sługusa.

Do Twojej ojczyzny okres trudny wszedł -

Czystka za czystką spokój zaburza.

Wspominasz swój los sprzed kilkunastu lat,

Czynisz zatem wszystko, by ratować ludzi.

Panowie na górze widzą owy wkład -

Czynią oni wszystko, żeby Cię obudzić.

I to się udaje: czynią Ci eksmisję.

Nic się nie przejmując, zadają w serce cios.

Składasz na zepsute ręce swą dymisję;

Dla nich się nie liczy człowiek i jego los.

Ostatni raz przekraczasz ojczystą granicę

I wciąż rozpamiętujesz ranę tę bolesną…

Ponownie odwiedzasz olbrzymią stolicę -

Tam też się rozstajesz z powłoką swą cielesną…

 

Do końca doczesnego swojego żywota

Nosiłeś w swojej duszy to palące znamię.

I wciąż, i wciąż płakałeś, i łza spływała z oka -

W Polsce tyś był Ruskim, a w Rosji - Polakiem…

 

Zostałeś zapomniany, lecz duch Twój wciąż żyje.

Dlatego ja tu jestem i piszę to wszystko.

Chociaż ciało zgniło i grób wciąż niszczeje,

Twój duch jest w nas obecny; kłaniam mu się nisko.

Daję Ci me słowo: każdy człek na świecie -

I z wielkiego miasta, i z zapomnianej wioski -

Dowie się, kim byłeś i czego dokonałeś,

I zapamięta, kim był marszałek Rokossowski…

Comments (0)

500 characters remaining

Cancel or

Joomla templates by a4joomla